| nie-zobacze-dzis-ksiezycablog - archiwum: "...siedzieliśmy do rana a jego ukochana donosiła ciągle nowy zestaw win..." |
| Strona główna |
"...siedzieliśmy do rana a jego ukochana donosiła ciągle nowy zestaw win..."Powinnam była napisać coś wcześniej o koncercie pana Maleńczuka, taki przynajmniej miałam zamiar. Fakt jest taki: od samego początku na mojej twarzy malowało się zdumienie, raczej pozytywne niż jakiekolwiek inne. Weszłam na salę tuż przed godziną 20.00, w przeświadczeniu, że załapię się na szary koniec - ku mojemu zaskoczeniu ujrzałam Jakieś krzesełka, jakieś rzędy, żadnych barierek co dla mnie podczas koncertu jest pojęciem abstrakcyjnym. No tak, w końcu w minionym dzisięcioleciu bywałam na koncertach, gdzie krzesełkiem można było tylko oberwać po głowie. Zasiadłam zatem na krzesełku w pierwszym rzędzie, po prawej stronie. Po kilkunastu minutach oczekiwać pan Maleńczuk wyszedł. Przebiegło mi po głowie pijany zjarany upalony? na które to pytania nie mam zamiaru odpowiadać, nawet poszukiwać odpowiedzi. Zaczyna się - koncert? Show? Spotkanie? Pan Maleńczuk mówi: Witam serdecznie, dzisiaj postaram opowiedzieć się Wam moją historię. Cały dwugodzinny koncert wypełniony jest piosenkami, które zdają się raz po raz przerywać obiecaną wcześniej maleńczukową historię. No właśnie. Po co Maleńczuk przyszedł? Snuć opowieść czy - do cholery - śpiewać? Okazuje się, że ten miedialnie-szokujący artysta ma do powiedzenia wiele: o kraju, w jakim żyje, o ludziach, jakich spotkał, o ludziach, jacy go spotkali, o swoim życiu, o mediach... Snuje opowieści, sypie anegdotami, komentuje. Komentuje wszystko. Podczas środowego wieczoru ten Maleńczuk z "Idola" czy z programu Kuby Wojewódzkiego, ten, który wyszydza co popadnie, objawia się jako krakowski artysta - który koncert zamienia w kameralne spotkanie, nie boi się mówić tego, co myśli, a robi to w sposób przede wszystkim prawdziwy, szczery. Ten Maleńczuk znany z owej ciętości daje się poznać jako przyjazny, bezpośredni człowiek, który nawet miło się uśmiecha, jest życzliwy i pełny jakiegoś dziwnego... ciepła! Od strony muzycznej - żadnych szlagierów, może oprócz Tango libido (po żywych owacjach: "Co, mam bisować tę samą piosenkę? Poczekajcie, mam jeszcze kilka hiciorów.) i Gdzie jestescie przyjaciele moi. Przyznam szczerze: nie znałam jego piosenek. 90% było zaskoczeniem. Siedzi na stołku, gra na gitarze i śpiewa, przymykając oczy, wyciągając w przód jedną nogę. Dla mnie - boski wieczór. Magiczny i zdumiewający. Przed pójściem na koncert spotkałam się z dziwną opinią na temat Maleńczuka (lub jego muzyki, nie wiem) - Bo to jest po prostu głupie. Co mam powiedzieć tym, którzy tak sądzą? Chyba tylko to, że od zeszłej środy Maleńczuk jest moim bezsprzecznym ulubieńcem. Jedną z osób w polskim pożalsięboże szołbiznesie, którym mogłabym uścisnąć rękę i powiedzieć, że ich szanuję. Brawo :) pięć z plusem. "Koledzy" Wojtek Waglewski & Maciej Maleńczuk youtubingowane przede mnie do oporu ostatnio Tym, którzy obdarzają twórczość Maleńczuka epitetem głupie radzę sięgnąć po jego muzykę, teksty, posłuchać tego, co ma do powiedzenia. I nie sugerować się jego wykreowaną medialną postawą. I na dokładkę moi kochani: we sell hell and suffer well 2007-04-17 20:12:40 skomentuj (5) |