Strona główna

Blaszane bębęnki w uszach


Wróciłam na kilka dni do domu, pokazać się rodzicom, zrobić pranie, zwiedzić dawno nieużywany pokój, przejść się kilkoma ulubionymi uliczkami miasta, w którym urodziłam się ja i była pani minister finansów - no właśnie, moje miasto. Kiedyś było jakimś punktem zaczepienia, bazą wypadową, do której wracało się zregenerować siły i odżyć jak w cudownym spa. Dzisiaj, idąc do domu, wydało mi się dziwnie złowrogie - jakgby mówiło, na litość Boską, że je zdradziłam, że już nie kocham, że mam dość. Miejsce, które jest naładowane tak przezajebistą ilością wspomnień, miłych i nie, że czasami aż boli. No bo co, bądź co bądź ukryłam tu wszystkie marzenia, które teraz wychodzą mi tu na światło dzienne, spod tej warstwy kurzu, jakby chciały znowu zrobić mi dziurę w głowie.
To taka dygresja, nie wiem po prostu, co z tym począć, i czy warto uciekać z jednego miejsca do drugiego i spowrotem, jak ja to ostatnio czynię.

Przez najbliższe dwa tygodnie - literatura, literatura dożylnie, dzisiaj zaczynam czytam "Blaszany bębenek" Grassa, człowieka, o którym nie mogę właściwie powiedzieć nic, bo mam mętlik w głowie.

A w sobotę:
nak***wimy się ;)

Tylko przeżyć.
Nastrój - z tego pt."flaki wołowe" samoistnie przekształcił się w coś typu:"jak cię spotkam, to ***" <boi_się_czssami_sama_siebie_o!>
we sell hell and suffer well 2008-01-30 17:57:21
skomentuj (1)