Na scenie genialne Farben Lehre, wg mnie jeden z najlepszych punkowych zespołów (na świecie! - co tam the Libertines, skoro mamy takie FL). Przed sceną - wiadomo, pogo (jeszcze mnie nos boli po tym jak oberwałam czyjąś głową w najcentralniejszy punkt twarzy), skakanie, śpiewanie, darcie się - ja chcę jeszcze!
W sobotę też się działo - no, może to nie była depa wszechczasów, a dzięki pewnemu namolnemu typowi trochę utrudniona, ale daliśmy radę! Zdjęć nie pokazuję, bo powinny dawno znaleźć się w dziale "Zgłoś nieodpowienie treści" ;)
Za to wstawiam fotex panów z DM ;)
A teraz - witaj, literaturo niemiecka! Za osiem dni dzień sądny ;)
'Nie ma takiej siły, która zniszczy to, co w nas!'
we sell hell and suffer well 2008-02-05 12:30:06 skomentuj (0)
Farbki dzisiaj,o!
Dobra, kiedyś to się musiało stać, i teraz ja się muszę z tym zmierzyć: zakochałam się. Tak nagle i kompletnie, całą sobą.
Niezbyt szczęśliwie ulokowałam moje uczucia, to żadna nowość właściwie.
Od 1,5 miesiąca myślę tylko o jednej osobie i doprowadza mnie to do niekontrolowanego szaleństwa, tak zaczyna się moja klęska i upadek, o!
Melduję:
*"Blaszany bębenek" w smaku do dupy, do chrzanu, jest gorzej niż źle, nie czytać, nie tykać tej książki!...
*Dzisiaj będzie przyjemniej, bo jadę na koncert...
*tomorrow depa, mam bardzo zdzirowaty strój (!), a w planach wielkie nak***wienie się,o!
we sell hell and suffer well 2008-02-01 16:20:51 skomentuj (0)
Blaszane bębęnki w uszach
Wróciłam na kilka dni do domu, pokazać się rodzicom, zrobić pranie, zwiedzić dawno nieużywany pokój, przejść się kilkoma ulubionymi uliczkami miasta, w którym urodziłam się ja i była pani minister finansów - no właśnie, moje miasto. Kiedyś było jakimś punktem zaczepienia, bazą wypadową, do której wracało się zregenerować siły i odżyć jak w cudownym spa. Dzisiaj, idąc do domu, wydało mi się dziwnie złowrogie - jakgby mówiło, na litość Boską, że je zdradziłam, że już nie kocham, że mam dość. Miejsce, które jest naładowane tak przezajebistą ilością wspomnień, miłych i nie, że czasami aż boli. No bo co, bądź co bądź ukryłam tu wszystkie marzenia, które teraz wychodzą mi tu na światło dzienne, spod tej warstwy kurzu, jakby chciały znowu zrobić mi dziurę w głowie.
To taka dygresja, nie wiem po prostu, co z tym począć, i czy warto uciekać z jednego miejsca do drugiego i spowrotem, jak ja to ostatnio czynię.
Przez najbliższe dwa tygodnie - literatura, literatura dożylnie, dzisiaj zaczynam czytam "Blaszany bębenek" Grassa, człowieka, o którym nie mogę właściwie powiedzieć nic, bo mam mętlik w głowie.
A w sobotę:
Tylko przeżyć.
Nastrój - z tego pt."flaki wołowe" samoistnie przekształcił się w coś typu:"jak cię spotkam, to ***" <boi_się_czssami_sama_siebie_o!>
we sell hell and suffer well 2008-01-30 17:57:21 skomentuj (1)
It's a wonderful life - wirklich?
Wczoraj płakałam, i to nie raz.
W pewnym sensie traktuję to jako swojego rodzaju sukces, ponieważ na jedną krótką chwilę przestałam udawać, udawać sama przed sobą. Otworzyłam się dla siebie, wniknęłam bardzo głęboko we własną duszę, czyż to nie brzmi co najmniej nienormalnie? Zawsze powtarzałam, że dopóki nie płaczę, jestem silna. Kłamstwo, blaga jakich mało! Płakałam, tak - płakałam, i dzisiaj czuję się dopiero silna. Przełamałam blokady, zwolniłam hamulce. Cieszę się, na twarzy pojawiło się coś w rodzaju usatysfakcjonowania.
*
Więc myślę cały czas o nim, bo o kim innym? Tylko myślę, nie robię nic, mam wyrzuty sumienia, że właśnie oto ucieka jakieś wspaniałe uczucie, a ja pozostaje bierna... Cała ta rozpacz, niemożność... Co miałabym napisać? Kazałeś mi się w sobie zakochać i co mam robić? I do kogo miałabym wysłać wiadomość? Tylko pod jeden Numer, Numer człowieka, który tak naprawdę nie istnieje, bo przecież sama go sobie stworzyłam. I może wkrótce w to uwierzę, zapomnę, że istnieje ktoś z krwi i kości, tak blisko mnie, wręcz pod skórą, w krwi, w duszy. Zostaną tylko wspomnienia bezsennej nocy, kiedy przykryłeś mnie wtedy dokładnie kołdrą, tak naprawdę przykrywając sobą niezliczoną liczbę poranków i wieczorów, kiedy nie umiem już myśleć o niczym innym, kiedy czekam tak beznadziejnie, wtulając się w resztę wspomnień, by ta noc nie umarła, by trwała wiecznie... więc może tak jest lepiej.?.
*
Musiałam to napisać i zachować gdzieś, bo zanim ucieknę - tak, chcę pierwsza uciec przed Tobą, żeby nie bolało już tak mocno - bo zanim ucieknę, chcę utrwalić to na kartce papieru, nie chcę pozwolić, by to wspomnienie rozwiało się, znikło we mgle.
Zdaje mi się, że się zakochuję, a w tym akurat wypadku znajduję tylko jedno rozwiązanie - uciec, zapomnieć, ale nie do końca. Będzie powracało. Takie uczucie - Boże, nie boję się napisać - uczucie od pierwszego momentu, kiedy Cię tam zobaczyłam, kiedy zaryzykowałam, nie znając zupełnie.
Toksyczne uczucie. Chcę odejść zupełnie.
*
I jeszcze coś takiego, bo od kilku dni w przygotowaniach do egzaminu towarzyszy mi nieoceniony Franz Kafka (miałeś takie same problemy jak ja, kochany), o którym nie mogę myśleć bez uśmiechu na ustach, bez delikatnego współczucia, współczując jednocześnie Jemu i sobie (bo w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami, Franz, tak samo kochamy i tak samo umieramy).
Kafka's it's a wonderful life
www.youtube.com/watch?v=ZEibTr5BOX0
;*
we sell hell and suffer well 2008-01-27 14:54:46 skomentuj (0)
Wirtualne łzy
Nieposkromina żądza napisania czegoś.
Czegoś mało konkretnego.
Żeby nie zniknąć, nie tak zupełnie, żeby wrzucić własną egzystencję w jakiś mniej lub bardziej logiczny schemat, żeby się wirtualnie wypłakać, skoro jest się zbyt silnym,by płakać naprawdę,skoro zabija się, bestialsko morduje prawdziwe łzy przed narodzeniem.
Żeby przyznać - tak, źle się czuję,nic nie jest genialnie, nic nie jest dobrze, wszystko dołuje, jest szare, uśmiech przestał się pojawiać. Tak, mam pierwsze oznaki depresji, czy to przez zimę... czy to trwa już dłużej?..I nie mam ochoty malować życia na różowo, nie mam pędzla, słaby ze mnie artysta.
Codziennie obiecuję sobie, że dzisiaj się otrząsnę, pójdę dalej - i w głowie kiełkuje mi tylko jeden plan, na który nie mam wystarczająco dużo odwagi.
Chcę po prostu uciec i żyć inaczej.
we sell hell and suffer well 2008-01-26 15:31:44 skomentuj (0)
"...siedzieliśmy do rana a jego ukochana donosiła ciągle nowy zestaw win..."
Powinnam była napisać coś wcześniej o koncercie pana Maleńczuka, taki przynajmniej miałam zamiar.
Fakt jest taki: od samego początku na mojej twarzy malowało się zdumienie, raczej pozytywne niż jakiekolwiek inne.
Weszłam na salę tuż przed godziną 20.00, w przeświadczeniu, że załapię się na szary koniec - ku mojemu zaskoczeniu ujrzałam Jakieś krzesełka, jakieś rzędy, żadnych barierek co dla mnie podczas koncertu jest pojęciem abstrakcyjnym. No tak, w końcu w minionym dzisięcioleciu bywałam na koncertach, gdzie krzesełkiem można było tylko oberwać po głowie.
Zasiadłam zatem na krzesełku w pierwszym rzędzie, po prawej stronie. Po kilkunastu minutach oczekiwać pan Maleńczuk wyszedł. Przebiegło mi po głowie pijany zjarany upalony? na które to pytania nie mam zamiaru odpowiadać, nawet poszukiwać odpowiedzi.
Zaczyna się - koncert? Show? Spotkanie?
Pan Maleńczuk mówi: Witam serdecznie, dzisiaj postaram opowiedzieć się Wam moją historię.
Cały dwugodzinny koncert wypełniony jest piosenkami, które zdają się raz po raz przerywać obiecaną wcześniej maleńczukową historię. No właśnie. Po co Maleńczuk przyszedł? Snuć opowieść czy - do cholery - śpiewać?
Okazuje się, że ten miedialnie-szokujący artysta ma do powiedzenia wiele: o kraju, w jakim żyje, o ludziach, jakich spotkał, o ludziach, jacy go spotkali, o swoim życiu, o mediach... Snuje opowieści, sypie anegdotami, komentuje. Komentuje wszystko.
Podczas środowego wieczoru ten Maleńczuk z "Idola" czy z programu Kuby Wojewódzkiego, ten, który wyszydza co popadnie, objawia się jako krakowski artysta - który koncert zamienia w kameralne spotkanie, nie boi się mówić tego, co myśli, a robi to w sposób przede wszystkim prawdziwy, szczery.
Ten Maleńczuk znany z owej ciętości daje się poznać jako przyjazny, bezpośredni człowiek, który nawet miło się uśmiecha, jest życzliwy i pełny jakiegoś dziwnego... ciepła!
Od strony muzycznej - żadnych szlagierów, może oprócz Tango libido (po żywych owacjach: "Co, mam bisować tę samą piosenkę? Poczekajcie, mam jeszcze kilka hiciorów.) i Gdzie jestescie przyjaciele moi. Przyznam szczerze: nie znałam jego piosenek. 90% było zaskoczeniem.
Siedzi na stołku, gra na gitarze i śpiewa, przymykając oczy, wyciągając w przód jedną nogę.
Dla mnie - boski wieczór. Magiczny i zdumiewający.
Przed pójściem na koncert spotkałam się z dziwną opinią na temat Maleńczuka (lub jego muzyki, nie wiem) - Bo to jest po prostu głupie. Co mam powiedzieć tym, którzy tak sądzą?
Chyba tylko to, że od zeszłej środy Maleńczuk jest moim bezsprzecznym ulubieńcem. Jedną z osób w polskim pożalsięboże szołbiznesie, którym mogłabym uścisnąć rękę i powiedzieć, że ich szanuję.
Brawo :) pięć z plusem.
"Koledzy" Wojtek Waglewski & Maciej Maleńczuk
youtubingowane przede mnie do oporu ostatnio
Tym, którzy obdarzają twórczość Maleńczuka epitetem głupie radzę sięgnąć po jego muzykę, teksty, posłuchać tego, co ma do powiedzenia. I nie sugerować się jego wykreowaną medialną postawą.
I na dokładkę moi kochani:
we sell hell and suffer well 2007-04-17 20:12:40 skomentuj (5)
Koncert
A dzisiaj w toruńskim klubie studenckim Od Nowa koncert pana Maleńczuka, na który wczoraj kupiłam bilet i na którym to koncercie dzisiaj się pojawię.
Plus miast, które mają powyżej 10 000 mieszkańców - wydarzenia artystyczne, mniej lub bardziej ważne, w których można brać do woli udział (jeżeli tylko zasoby kieszeni tudzież portfela pozwalają).
:)
we sell hell and suffer well 2007-04-11 14:26:29 skomentuj (1)
Gdzie jest moje Piórko?
Od ponad godziny w moim portfeliku tkwi bilet na jutrzejszy koncert pana Fisza :)
we sell hell and suffer well 2007-03-22 13:14:44 skomentuj (6)
broken face
Podpisałam pakt z diabłem.
Sprzedałam duszę. Za bezcen. Luty - czas wyprzedaży i promocji.
Sprzedałam godność. Za marny dotyk zimnej dłoni na rozgrzanym ciele.
Sprzedałam honor. Za możliwość zobaczenia czarnego świata w różowych barwach absurdu.
Sprzedałam niewinność. Tnąc przeguby dłoni otrzem sprawiedliwości.
Sprzedałam dumę. Wróciłam z nisko opuszczoną głową.
Niczego nie żałuję. Nic mnie nie obchodzi. Nic.
Wesołego życia dalej życzę.
*
Po Gahanoholic Anonymous nieco otępiała, zaliczyłam niecałą godzinkę snu w pociągu osobowym na trasie Poznań - Brzydkie Miasto.
Naładowana gahanolicową energią, będę działać jak świeża bateryjka. No, może od jutra. Oprócz dobrego poczucia psychicznego (ewidentnie to sobie wmawiam, ewidentnie) warto zadbać również o fizyczne (póki co kawa dożylnie).
Obmyślam strategię działania na Walentynki, których w zasadzie nie lubię, ALE ponieważ amerykanizuję się postępowo, postanowiłam zrobić sobie jakiś prezent - z tej racji zastanawiam się który koncert obejrzę :) Milan, Paris, Prague, Montreal oder Warschau?
Gdzie jedziemy :) ?
*
we sell hell and suffer well 2007-02-04 17:12:03 skomentuj (4)
I want it all
Jeszcze dwanaście cudownie wolnych dni, które postaram się przeżyć najleniwiej, ale też najlepiej jak się da.
Ostatnie dni pierwszego semestru studiów przyniosły kilka zarówno miłych, jak i mniej sympatycznych [Co cię nie zabije, to cię wzmocni, co cię nie zabije, to cię wzmocni, co cię nie zabije...] chwil.
Z pięciu części testu podsumowywującego semestr zaliczyłam trzy, co nie jest złym wynikiem, w gruncie rzeczy się cieszę. Nauczyciel fonetyki pochwalił mnie, podkreślając, że zrobiłam grosse Forschritte, co było chyba jedynym miłym akcentem ze strony wykładówców :) Eh, kobieta, której nie lubię (podejrzewam, że z wzajemnością) skomentowała moje wyniki zdaniem Myślałam, że będzie gorzej, na co nie odpowiedziałam - dziękuję pani magister za ten niebywały komplement.
Ludzie mimo wszystko bywają fajni. Tydzień temu dostałam jeden z najbardziej zaskakujących i niespodziewanych prezentów w moim życiu - płytę winylową Depeche Mode [rok 1983, podejrzewam] wprost z Anglii. Aniołem, który przysłał mi tę perełkę jest chłopak, którego na oczy nie widziałam, a który miał mi przysłać zwykłą kartkę pocztową :) Życiem kieruje przypadek, życiem kierują Anioły. My nie mamy nic do gadania, pozostaje nam jedynie cieszyć się z tego, co przyniesie dzień.
Lubię ludzi.
Mam okazję przesiedzieć kilka dni w domu, z rodzicami, jeszcze z choinką (do jutra :( ), z książkami, telewizorem i komputerem - bez zmartwień, bez brzydkiego grodu Kopernika, bez siostry :|...
Najbliższe plany życiowe? W sobotę bawię się w Poznaniu (lubię miasta, w których nie mieszkał Kopernik), a już niedługo uciekam do Krakowa (niestety na kilka dni). Kocham to miasto.
we sell hell and suffer well 2007-02-01 19:55:25 skomentuj (1)
with half-closed eyes....
fuckin' monday
fuckin' tuesday
fuckin' wednesday
fuckin' thursday
fuckin' friday
fuckin' saturday
fuckin' sunday
Pierwszy zjebany tydzień za mną, drugi zjebany tydzień przede mną.
Ratuje mnie tylko wizja spotkania gahanoholics anonymus w piątek...
we sell hell and suffer well 2007-01-14 22:57:13 skomentuj (2)
you sad one Stwierdzam kategorycznie . Ostatecznie. Bez odwołania. Nie uwzględniam podań na piśmie, nie wysłuchuję próśb, nie spełniam marzeń. Nie oszukuję, nie mówię głupot, nie usypiam czujności. Nie jestem wysłannikiem Zła, nie współdziałam z żadną Siłą Wyższą, nie przysyłają mnie z Białego Domu, bunkra Hitlera, Nieba, Piekła ani domku Jasia i Małgosi. Nie mówię tego, by komuś zaszkodzić, by kogoś skrzywdzić, by kogoś sprowadzić na ziemię . Mówię to, bo odkryłam prawdę, bo jestem posiadaczką prawdy samej w sobie, czystej, nieskalanej, niezaprzeczonej, niezbrukanej, nie sfałszowanej, bo do tej prawy sama doszłam i tą prawdą posługuję się na mój własny użytek. Nie będę już łgać, kłamać w żywe oczy, odwracać kota ogonem, robić dobrą minę do złej gry. Stwierdzam nieodwołalnie - przyjaźń nie istnieje . Przyjaźń? Co to jest przyjaźń? Co ona oznacza? Jest jak zabawka dla małych dzieci, wciskana osobom w różnym wieku. Jest jak drogi produkt, który psuje się następnego dnia po nabyciu. Jest jak kawałek jabłka pozostawiony na tydzień na blacie stołu. Jest jak najpiękniejsza róża, która więdnie niespodziewanie wieczorem. Jest jak zielona kiełbasa. Jest jak ulotka, którą wręcza wam znudzony człowiek na ulicy. Jest jak poranek, kiedy wszystko leci z rąk. Jest jak kac po wspaniałym wieczorze. Jest jak wyrzut moralny, kiedy zrobi się coś złego.
Przyjaźń? Kosztuje godziny pełne płaczu, dni pełne troski, tygodnie pełne zmartwień, miesiące pełne oczekiwań, lata wierności. Jak pobyt w szpitalu w oczekiwaniu na wyniki. Przyjaźń? Można ją stracić jednym ruchem, gestem, słowem, spojrzeniem. Nie potrzeba na to ani lat ani miesięcy. Jak żmudne malowanie paznokci, kiedy wiadomo, że lakier i tak odpryśnie.
Przyjaciel... to podobno osoba, w której widzisz kawałeczek siebie. To ktoś, kto nie musi cię rozgrzeszać. To ktoś, kto nie musi próbować zrozumieć twoich rytuałów. To ktoś... o kim pomyślisz najpierw, kiedy w sklepie zbliżasz się do lodówki pełnej jogurtów. Jaki on woli – truskawkowy, jagodowy? ...
Im dłużej to piszę tym bardziej wierzę w przyjaźń. W przyjaciół. Wierzę we własne wybaczenie, kiedy któryś z nich mnie skrzywdzi.
Moja nauczycielka od polskiego powiedziała kiedyś, że człowiek ma jednego, góra – dwóch dobrych przyjaciół. Zgadzam się z tym. Ja sama mam podobno dwójkę przyjaciół. Podobno , bo ich obecności się nie czuje, kiedy leży się samotnie płacząc na łóżku w sąsiednim pokoju...
we sell hell and suffer well 2007-01-03 22:43:18 skomentuj (2)
who's that shoutin' ?
No cóż, więc pożegnałam 2006 – najcudowniejszy, najwspanialszy, najpiękniejszy rok w moim życiu. Tańcząc, pijąc, bawiąc się ze znajomymi, rozmawiając – troszeczkę rozrabiając na parkiecie, w stanie totalnej euforii i zapomnienia. Jeżeli miniony rok był szalony i piękny, trzeba było w ten sposób go pożegnać.
Kolejne dwa dni spędziłam na leżeniu, bieganiu [gdzie i po co? Eh..., przykre potrzeby fizjologiczne.], spaniu, nie odbieraniu telefonów, użalaniu się nad własnym stanem, myśleniu, że już nigdy nie wydobrzeję (!), rozmawianiu z rodzicami (rozgrzeszające słowa Taty: „Jeżeli było fajnie, to warto cierpieć.” Thx Daddy), czytaniu książki, próbowaniu się uczyć (z mniej lub bardziej opłakanymi skutkami), ustawianiu wallpaper [cudny jesteś, cudny jesteś, cudny jesteś...]. No i co teraz? Jakieś postanowienia z racji rozpoczęcia Nowego Roku? Z doświadczenia wiem, że postanowień łatwiej dotrzymać, jeżeli są ustanawiane „od dziś, od teraz, od zaraz, już”.
Postanawiam więc zapomnień o tym, co było złe. Wziąć się samodzielnie w garść. Wyznaczyć ideały i cele, do których się zmierza. Od dziś. Od teraz. Od zaraz. Już. Nie ma czasu na zwlekanie.
Z okazji Nowego Roku – dużo szczęścia, miłości, radości, sukcesów...
we sell hell and suffer well 2007-01-02 19:05:34 skomentuj (1)
kawałecek smycka
Może nie jestem najweselszą osobą na świecie, może nie zawsze mam dobry humor, może nie przez cały tydzień dwadzieścia cztery godziny na dobę chce żyć... Panie i Panowie, dzisiaj wieczór z cyklu - dołujemy się. Dlaczego? Na to pytanie nigdy nie było dobrej odpowiedzi...
Święta minęły w zawrotnym tempie – bez żadnych przykrości, bez nadmiernego łakomstwa, bez zmęczenia materiału. Wręcz przeciwnie – rodzinna, ciepła atmosfera, prezenty, kolędy, pierniczki, wszystkie te bożonarodzeniowe gadżety bez których trudno się obejść – wszystko to sprawiło, że naładowałam się pozytywną energią (trzyma przy życiu)... Sielanka, nie przerwana żadnymi katastrofami, wybuchami gniewu czy też nagłym kataklizmem. Pod choinką wylądowało kilka książek, m.in. część ukochanej Jeżycjady, Harry Potter auf Deutsch i ‘Mein Kampf’ von Adolf Hitler, oryginał z 1938 roku pisany frakturą. Nie wiem, czy rzeczywiście Santa Klaus jest faszystą, ale okazał się nieprzyzwoicie pomysłowy. Oczywiście zaczęłam czytać ;)
Im bliżej do Sylwestra i Nowego Roku (który świętować będę w Poznaniu, na depotece, wśród rodziny i przyjaciół, co znaczy, że jestem naprawdę ogromną szczęściarą), tym częściej zadaję sobie dziwne pytania, w stylu: czego naprawdę chcę, o czym marzę, co jest moim celem, zamiarem życiowym, pragnieniem, życzeniem... Jakby te pytania miały coś zmienić, ukształtować moją osobowość, bo chyba najważniejsze jest to, by być kimś, a nie zaściełać kubły nicości... Może te pytania – kiedy będę próbowała znaleźć odpowiedź – coś zmienią?
Chciałabym dobrze zaliczyć ten rok, wyjechać do Nowego Jorku, schudnąć, uporządkować sprawy sercowe, nauczyć się dobrze niemieckiego i angielskiego...
I dzisiaj wreszcie – trafił mnie piorun, grom z jasnego nieba. Nie, nie spodziewałam się. Nie, przez to jeszcze nigdy nie przechodziłam. Nie, czasami Świat kpi ze mnie w żywe oczy. Tak po prostu.
On ma kogoś. Na to nie byłam przygotowana. Od kilku dni. Na to również nie byłam przygotowana. Tam, gdzie mieszka. Ja też właściwie mam chłopaka.
Jest ktoś, kto może go bezgranicznie długo trzymać za rękę. Jest ktoś, kto może go całować. Jest ktoś, kto może przejść z nim przez wszystkie ulice świata, a nie tylko przez dwie wybrane z całego mnóstwa. Jest ktoś, z kim on będzie wisiał na telefonie. Jest ktoś, kto będzie go przytulał, kiedy zajdzie taka potrzeba.
I – o dziwo – naprawdę jestem zadowolona. Szczęśliwa – doceniam chyba to, co mam.
Wszystkiego najlepszego, pomyślnego związku życzę.
we sell hell and suffer well 2006-11-26 23:24:56 skomentuj (3)
Jedna noc, a w życiu jakby piękniej
Jak myślisz, co mam napisać? Że twoja twarz przywoływana raz za razem staje przed moimi oczami? Że wysilam umysł, aby nie zastygł i – codziennie wyświetlał nowe, zapomniane dotąd projekcje? Że wymyślam wspomnienia – z ich braku? Że celebruję wiernie kolejną miesięcznicę dnia, kiedy się poznaliśmy – sama?
Tak pisząc, chowam resztki honoru pod stertą jesiennych liści. Chowam Cię w kieszeni, ukrytego w małym, srebrnym telefonie. Z tym telefonem też była zabawna sytuacja – tydzień temu, będąc w Poznaniu, zgubiłam nowiuteńką nokię – czarną, błyszczącą, z Gahanem na tapecie. Pięknie. Ponieważ byłam tam razem z A., na zaproszenie A., w towarzystwie A., jako [wstaw określenie, które najbardziej ci odpowiada] A., toteż A. zakomunikował, że nowy telefon mi sprezentuje. Aha, tak – kim jest A.? Człowiek poznany z ledwością miesiąc temu, na którego spontaniczny pomysł wizyty w Poznaniu zareagowałam równie spontanicznie, tzn. w owym Poznaniu się pojawiłam [do tej pory z resztą dwa już razy]. Człowiek, który upadł się i przyjechał do mojej mieścinki ze srebrnym telefonem – w ramach zadośćuczynienia. To właściwie krótki wycinek historii A., którego to drogi pokrzyżowały się z moimi na pewnym zlocie, przez pewną dziewczynę, przez jej papierosa. Idę dalej.
Tak więc mówię Ci, że jesteś schowany głęboko w kieszeni różowego szlafroka, nie ma prawa Ci być zimno ani niewygodnie – a ja czuję się bezsensownie odrobinę bardziej bezpieczna, rozluźniona, szczęśliwa.
I za każdym razem, kiedy mówię sobie w duchu: unieś się honorem, zignoruj, zapomnij o czyimś istnieniu, jesteś kobietą, która is not going down on the knees begging you to adore her . I za każdym razem pojawia się przed oczyma czyjaś twarz, pojawiają się pytania dlaczego nie mam mieć tego, czego chcę? .
Bo może to trochę niezdrowo. Może lepiej faktycznie zapomnieć.
Idę dalej. Staram się żyć spontanicznie. Oczywiście brakuje mi dystansu do samej siebie, dystansu, który kiedyś przytrzymał mnie w pionie, kiedy tego potrzebowałam. Idę dalej, popełniając błędy i nie wyciągając wniosków, nie ponosząc konsekwencji złego zachowania .
Dobrze mi z tym.
Teraz przy życiu trzyma mnie wizja koncertu Heya, być może wizyta w uroczym starym mieście, The best of... by Depeche Mode, zakupy na urodziny, drobnostki dnia codziennego, kilka dobrych filmów, kilka książek, kilka rozmów, kilka gestów, kilka zdjęć. Kilku życzliwych ludzi.
we sell hell and suffer well 2006-11-12 19:57:36 skomentuj (2)
i'm wearin the big smile
Piszę, usadowiona na drugim piętrze starej kamienicy z czerwonej cegły, zanurzona w mrocznym, pochmurnym dniu, ogrzana parą gorącej herbaty.
Skończyłam zajęcia, zasiadłam przed komputerem, z przemiłą perspektywą trzech dni wolnego, przeplatającą się z drugą płaszczyzną perspektywy spędzenia tych trzech dni nad książkami.
"Emilia Galotti", historia plemion niemieckich, slang młodzieżowy, słownictwo o szkole, ćwiczenia z rodzajników, zakuwanie łacińskich deklinacji. Brzmi to sadomasochistycznie, ale mam ochotę się uczyć, mam ochotę czytać, mam ochotę mówić. Jestem optymistką, gotową na wszystko, stawić czoło największym wyzwaniom.
Póki co... odpoczywam po ciężkim tygodniu [studia, warsztaty, imprezy, codzienne zmaganie się z losem], psuję wzrok przed komputerem, przygotowuję się na dzisiejszy zlooot depeszy ;) idę się hipnotyzować w rytm ukochanych dźwięków w Hipnozie [szkoda, że...] obmyślam taktykę na życie :) regeneruję siły na kolejny męczący tydzień [studia, koncert OSTRego, wieczór poetycki z panami Wojaczkiem i Bursą].
I'm comin'
yeah [wczoraj znowu mogłam posłuchać i pogadać po angielsku, zatęskniłam z Irl.]
we sell hell and suffer well 2006-10-13 17:15:48 skomentuj (3)
Goodnight Lovers Here, somewhere in the heart of me
There is still a part of me
That cares...
Coraz częściej myślę o zapomnianym już po części, schowanym w tajnej skrytce na dnie serca - ŻZO. Jaki jesteś? Jak wyglądasz? Co czujesz? W głębi serca chowam najszczersze uczucia - tu: w bezpiecznej odchłani serca pozostają w sekrecie najprawdziwsze myśli.
I chowam się sama przed sobą...
And I'll, I'll still take the best you've got
Even though I'm sure it's not
The best for me
Nie spełniłam własnych marzeń w obawie przed Twoją reakcją. Dzisiaj zastanawiam się co powinnam była uczynić. Postawić wszystko na jedną kartę? Zaryzykować?
Nazwali by mnie dziwką. Szmatą, o którą nie należy zabiegać...
When you're born a lover
You're born to suffer
Like all soul sisters
And soul brothers
...wszystko czego pragnęłam, to odrobiny czułości, nędznej dawki, rzuconej jak bezdomnemu psu...
Ale nie zostałam nawet wysłuchana.
I, I can see the danger signs
They only help to underline
Your beauty
I'm not looking for an easy ride
True happiness cannot be tried
So easily
Dzisiaj wiem, że nie warto wiązać się z kimś, kto od początku cię nie słucha.
When you're born a lover
You're born to suffer
Like all soul sisters
And soul brothers
Like all soul sisters
And soul brothers
Dzisiaj wiem, że szczęście nie może przyjść łatwo. Wtedy jest tylko nędzną namiastką szczęścia.
You can take your time
I'll be waiting in line
You don't even have to give me
The time of day
Nie wiem kiedy przyjdę, ale proszę o jedno - otwórz bez pytania, kiedy zastukam w drzwi. Otwórz bez pytania kim jestem.
When you're born a lover
You're born to suffer
Like all soul sisters
And soul brothers
Like all soul sisters
And soul brothers
Kiedy rodzisz się jako kochanek
rodzisz się, by cierpieć
jak wszystkie nasze duchowe siostry
i duchowi bracia...
we sell hell and suffer well 2006-09-30 01:39:13 skomentuj (3)
nie chcę tego mówić głośno, ale tęsknię...
To w zasadzie obojętne - spotkamy się kiedyś lub nigdy. Nie było zapewnień, nie było entuzjazmu, nie było iskry nadziei.
Niby nie pierwszy raz nie dostałam tego, czego oczekiwałam. Ale teraz myśli mi się głupio. Żyje mi się głupio. Oddycha mi się w głupawy sposób. Jest odrobinę dziwniej.
Czas porzucić nadzieję?
Ktoś kiedyś mówił o spełnianiu swoich marzeń... no właśnie... próbowałam je spełnić...
A teraz - porzucić nadzieję?
Zostawiam pytanie bez odpowiedzi.
Przecież i tak czeka na mnie już inne życie. Może mniej bezsensowne...
we sell hell and suffer well 2006-09-28 22:28:40 skomentuj (3)
Martyr for love
Dzisiaj minął rok od śmierci Michała. Przelało się już dwanaście miesięcy, trzysta sześćdziesiąt pięć dni, dwadzieścia jeden tysięcy dziewięćset godzin, milion trzysta czternaście tysięcy sekund.
Wystarczy ułamek sekundy, by wszystko wyświetliło się pod moimi powiekami.
Ciemny, jesienny wieczór, zapalone światło w pokoju, w którym zgasło życie, ciało młodego chłopaka wynoszone z domu.
Cześć Michał.
[*]
***
Każdy z nas ma w zanadrzu smutną historię do opowiedzenia. Bardziej lub mniej zmyśloną, wynurzamy ją z zakamarków istotowości ilekroć znajdzie się dobry słuchacz. Niektóre z tych opowieści są naprawdę dobre, efektywne.
Nie nazwę już nikogo przyjacielem
Nie nazwę już nikogo nauczycielem
Nie nazwę już nikogo bogiem
Czasami uśmiecham się do własnego odbicia
Mówię nieśmiało witaj Tęskniłam
Już dawno nie było tu prawdziwego człowieka
A ono odpowiada
Mruknięciem
Skinieniem głowy
I wymijamy się szeptem
Nie licząc na drobny cud
Nie nazwę już nikogo ojcem
Nie nazwę już nikogo miłością
Nie nazwę już nikogo wspomnieniem
Czasami zasypiam wtulona
W czyjąś klatkę piersiową
Z obcą ręką na brzuchu
I wymijamy się szeptem
Nie licząc na drobny cud we sell hell and suffer well 2006-09-27 21:00:29 skomentuj (1)
Herbata stygnie zapada zmrok
a
pod
piórem
ciągle nic
obowiązek obowiązkiem
jest
piosenka
musi
posiadać
tekst
Teksański by HEY we sell hell and suffer well 2006-09-26 13:31:02 skomentuj (0)
W chwilach samych dla siebie
Chciałam popisać tylko dla siebie.
Zamknąć się na moment w sobie. Poczekać, pomyśleć, dojść do wniosków. Ułożyć na nowo.
*
Będę silna. we sell hell and suffer well 2006-08-03 12:16:18 skomentuj (1)
Liban - Izrael I see trees of green red roses too
I see them bloom for me and for you
And I think to myself...
what a wonderful world.
I see skies of blue clouds of white
Bright blessed daysdark sacred nights
And I think to myself...
what a wonderful world.
The colors of a rainbow so pretty in the sky....
..are also on the facesof people going by
I see friends shaking hands
sayin how do you do...
They're really sayin...
...I love you.
I hear babies cry I watch them grow
They'll learn much more than Ill never know
And I think to myself what a wonderful world...
The colors of a rainbow so pretty in the sky
Are there on the faces of people going by
I see friends shaking hands sayin how do you do
Theyre really sayin... I love you.
I hear babies cry I watch them grow
You know their gonna learn
A whole lot more than I'll never know
And I think to myself what a wonderful world...
Yes, I think to myself what a wonderful
world.
we sell hell and suffer well 2006-07-22 13:09:25 skomentuj (1)
Przeciwieństwa się przyciągają, ale tylko podobni do siebie ludzie są w stanie żyć razem. Żadnych orgazmów żadnego happyness żadnego uśmiechu żadnych motylków żadnego różowego żadnego płaczu ze szczęścia żadnej euforii żadnego hedonizmu żadnego heroizmu żadnej pomocy żadnej miłości żadnych snów żadnego cudownego życia żadnych marzeń żadnych pragnień żadnych chęci...
Niczego.
Tylko ból ból ból ból. Ból ból ból ból..
Chora? Znowuuu? Skaranie boskie - taa, Bóg ma mnie za co karać, dawać subtelne znaki [ciuś-ciuś, nie rób tego dziś...], sprawiać, że plany [nawet najbardziej...chore?] biorą w łeb.
AAA!!!
Już nawet nie mogę cieszyć się na spotkanie z [...] - choćby nawet to prowizoryczne, ponieważ nie wyglądam dobrze, nie myślę sprawnie, nie jestem elokwentna, nie jestem błyskotliwa, nie jestem inteligentna, nie jestem dosyć ciekawa.
Żadnego seksu żadnego alkoholu żadnych używek żadnych ludzi żadnych zwierząc żadnych...
Jak ostatnia durna pała czekałam najpierw na pana [...] teraz na pana [...], jakbym zapomniała, że FACECI przychodzą tylko i wyłącznie nieproszeni, zakurzeni w świadomości, odepchnięci. Jak powiedziałam: - Żadnego [...], to zadzwonił następnego dnia. Jak proszę o niego - kurwa jego mać - nie raczy się pojawić.
Nie, nie mam złego humoru. Idę. we sell hell and suffer well 2006-07-21 20:57:22 skomentuj (1)
Precious and fragile things...
Prime minister nam się zmienia, a ja zamiast oblicza NOWSZEGO wklejam tego STAREGO, byłego. Dlaczego? Nie podoba mi się ta zmiana, naprawdę darzyłam Marcinkiewicza [Marcysiewicza] sympatią i chociaż nie popierałam do końca jego rządów, uważałam go za odpowiednią osobę na tym stanowisku... Bye, bye, Mister Marcinkiewicz...
Wróciłam z grodu Mikołaja Kopernika :)[Universitas Nicolai Copernici rulezz] Wczoraj złożyłam podania na wybrane kierunki, teraz pozostaje mi jedynie czekać na rezultaty rekrutacji :] oby była pomyślna - zdążyłam powąchać uczelniany zapach, zwinąć długopis z Collegium Maius [mam nadzieję, że nie czyta tego żaden członek komisji, w Toruniu byłabym spalona...], zachwycić się atmosferą.
Do południa biegałam razem z R. i M. składając podania - chciałabym dostać się razem z kilkoma kochanymi osobami [byłoby fajnie móc być tam razem]; po południu ogarnął mnie szał zakupów przecenionych rzeczy i tym sposobem dorobiłam się torby ze Snoopym [przypadkiem nie wszyscy z takimi biegają? To nic, Snoop jest zacny] oraz czarnej kurtki - specjalnie na wyjazd do zielonej Irlandii [bywa ziiimno]. W celu złapania tchu kawa w McDonald's - a później kelner mnie prześladował ;) Nie odżywiam się w korporacjach typu McDonald's czy Burger King, mimo wszystko mają tam dobrą i tanią kawę [cappucino] a ja sama... lubię pośpieszną, beztroską, trochę dziecięcą atmosferę tych miejsc - dla mnie, będącej niegdyś rozkosznym dzieciakiem, wędrówka do McDonald'sa po zestaw happy-meal była niemal rytuałem. Teraz wybieram stoliki przy oknie, żeby móc delektować się [to słowo nie pasuje to fast-foodow] kawą, jeść loda z polewą karmelową, patrzeć na kamienice po przeciwnej stronie ulicy Szerokiej. Ma to swój urok, chociaż oczywiście najlepiej jest mieć do towarzystwa siostrę... Już za miesiąc i jeden dzień się zobaczymy :] JUPI.
Wieczorem - IMPREZKA w gronie pracowników toruńskiej piernikarni. Śmiałam się, że M. będzie ciągał swoją 'młodszą siostrę' :) Było wesoło: najpierw kamerlane spotkanie w mieszkaniu, następnie wędrówka do pubów 'Pod Aniołem' i jazgotu, gdzie wyszalałam się w rytm ulubionych dźwięków. Hm, no właśnie :) ]
W jazgocie, kiedy tylko weszliśmy, poleciało 'Precious' - ogromny uśmiech, śpiewanie, tańczenie. Jak tylko piosenka się skończyła, napisałam sm do [...]. Może była to wiadomość trochę głupia, lekko naiwna...
Ale obiecałam, że nie będę żałować [to było teoretycznie bardzo możliwe] i zaraz po wyjściu z pubu wyrzucę epizod do śmietniska pamięci. Jest to jakiś szczwany sposób na zachowanie twarzy.
A dzisiaj dostałam odpowiedź. Miłą... :) Pomruk beztroskiego zadowolenia.Mam twarz :)
Po czterech godzinach snu, z bolącymi palcami i karkiem palnuję wędrówkę do wanny, stamtąd do łóżka... Rodzice, dlaczego mi to robicie?...muszę czekać, aż przyjdą z gościny, żeby otworzyć im bramę [kafelkowanie, warunki polowe], a na jutro zamówili następnych gości. Omójgorze...
Football będzie miał przez cztery lata zielono-biało-czerwone barwy. Gratulujemy słonecznej ITALII!
W tym całym zamieszaniu Zizou [już nie taki złoty] przypomina mi BW [tylko BW oczywiście jest lepszy].
Kochany Thierry Henry przegrany ;(
*
Dziś wszystkie nastroje - od załamania po euforię. Moja iskierka, brutalnie zgaszona przez R. została spowrotem wzniecona. Na nowo :]
TRZY ROZMOWY PRZEZ TELEFON. Dwie z nich zakończone nagłym rozłączeniem się, co jest dla mnie równoznaczne z rzuceniem słuchawką. Nie mam zmiaru pozwalać, by traktowano mnie jak śmiecia. Trzecia pogawędka już o wiele milsza [z czułym dobranoc, słodkich snów], na szczęście.
Dzień telefonów ;) Pan z miłym głosem działa pocieszająco.
Kurwa, ktoś mi CHROCHA pod oknem, już drugą noc!
Podejmuję decyzje dotyczące wyboru studiów. Jeszcze tylko jeden dzień = wyniki matury [stroną startową jest u mnie strona OKE], potem intensywne myślenie i decydowanie. Póki co mam osiem opcji [duzio?], w tym trzy-cztery w miarę pewne. Dostać się, eh... :] Bez podłamek.
Ukochana muzyka dodaje mi powera do istnienia - właśnie wróciłam z biegania, pokonałam jakieś 2km na stadionie [w przyszłym tygodniu będę biła rekordy], ponoć sport to zdrowie [a ja ponadto mam napis 'sports' na pupie ;)].
Ostatnio czuję się w jakiś sposób anti-social, chociaż oczywiście nawiązuję kontakty z ludźmi, idzie mi to nawet dobrze [bez oporów]... Sęk w tym, że od jakiegoś czasu z premedytacją wybieram samotność/spędzanie czasu w domu/słuchanie muzyki/czytanie... moje życie nabrało trochę rytmu ETS w wersji z tym smutnym, czystym głosem MG [piosenka piosenką, nie dość, że piękna, to jeszcze sprawia, że po wysłuchaniunic nie jest takie jak dawniej], po prostu PIĘKNIE.
Vows are spoken to be broken
"Problemy natury emocjonalnej". - co to, kurwa, znaczy?
*
Shit.
Guys.
Shit.
:|
*
Żeby raz być całkowicie Clean.
we sell hell and suffer well 2006-06-30 20:58:26 skomentuj (2)